Często w książkach i filmach jest wykorzystywany motyw, który również w realnym życiu się powtarza. To obraz kobiety lub mężczyzny, którzy jako dorośli ludzie dowiadują się, że zostali adoptowani, że ich opiekunowie nie są naturalnymi rodzicami. Różnie ten moment przeżywają, ale niemal w każdym przypadku z miejsca podejmują starania, aby dowiedzieć się, kim byli ich naturalni rodzice, i jeśli to możliwe, dążą do spotkania z nimi. Czasami chcą ich tylko poznać, zobaczyć, innym razem zapytać, dlaczego ich porzucili, jeszcze innym wykrzyczeć im w twarz, jak mogli wyrzec się swojego dziecka. Historie mają różne zakończenia, ale pokazują, jak ważną sprawą dla człowieka jest tożsamość, odkrycie tego, kim jest, bo to fundament naszej egzystencji, naszego istnienia. Jeśli człowiek nie ma świadomości tego, kim jest, często wiele rzeczy w jego życiu się nie klei i rozpada.

Podobnych przeżyć możemy doświadczyć wówczas, gdy ktoś stanie przed nami i zacznie nam wmawiać, że jesteśmy nikim i nic nie znaczymy. Gorzej, jeśli jad tego kłamstwa (nie bójmy się powiedzieć – diabelskiego kłamstwa) przeniknie serce i zdoła je przekonać, że tak jest. Wtedy zaczyna się z nami dziać źle. I nie chodzi tu tylko o poniżenie naszej godności, o zranienie wnętrza. Krzywda jest o wiele większa. Zazwyczaj w takich momentach przestajemy widzieć siebie w prawdzie, rozpoznawać swoją najgłębszą tożsamość i występujemy przeciwko sobie. Bo coś, co nic nie znaczy, nie jest też nikomu potrzebne; może więc nie istnieć, można to zniszczyć.

Ktoś mi kiedyś opowiadał, że gdy w czasach zamierzchłych owcy zalęgło się na głowie jakieś robactwo, a pasterz nie zdążył wytępić pasożytów, przemyć chorego miejsca i zalać go oliwą, owca, aby zwalczyć dokuczliwy swąd i ból, potrafiła z rozpędu uderzyć głową w skałę. Często uderzała tak mocno, że traciła życie.

Gdy jad kłamstwa, o którym wyżej wspomniałem, zakorzeni się w naszych głowach i sercach często postępujemy podobnie. I nie mam tu na myśli tylko samobójstwa, ale także wiele innych działań, wyniszczających nas samych.

Jest jednak Ktoś, kto trzyma w ręku świętą oliwę, kto jest w stanie oddalić kłamstwo i obronić naszą najgłębszą tożsamość, przywrócić ją i utrwalić tak, abyśmy naprawdę pokornie i pięknie kochali samych siebie. Posłuchajcie: „Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” (Rz 8,16). Duch Święty nieustannie strzeże prawdy o tym, że jesteśmy dziećmi samego Boga, i do niej przekonuje. Źródłem mojego i twojego istnienia jest Bóg. Czy można znaleźć trwalszy, świętszy, piękniejszy fundament naszej tożsamości?